Można by przypuszczać, że Poznań nie jest ciekawym miejscem dla kogoś, kto szukałby niesamowitej przygody, ale stolica Wielkopolski kryje w sobie wiele tajemnic. Przekonaliśmy się o tym na własne oczy. To całkiem niedaleko, tak o rzut beretem. Wydawało się nam, że znamy to miejsce bardzo dobrze. Przecież każdy wie, że koziołki są na ratuszowej wieży, w poznańskim zoo można zobaczyć wiele egzotycznych zwierząt i przy okazji zajadać sławne świętomarcińskie rogale. Wydawało się nam, że nie będzie żadnych niespodzianek: popatrzymy, pospacerujemy, zadowoleni, że mogliśmy wyruszyć na wyprawę, bo przecież to nasza pierwsza, całodniowa, szkolna wycieczka w czasach bez zdalnych lekcji. Tak nam się wydawało… Na miejscu okazało się jednak, że w Poznaniu czeka nas moc niesamowitych atrakcji. Najpierw odwiedziliśmy poważną i dostojną instytucję kultury – Muzeum Narodowe. Weszliśmy, stąpając ostrożnie po marmurowej podsadce otoczeni niezwykłym światem dzieł sztuki. Przyglądaliśmy się oczarowani niesamowitym wnętrzem. Na powitanie lekcja, ale nie taka w ławkach, przed tablicą. Mogliśmy siedzieć na podłodze, spacerować przestronnymi korytarzami, szukać odpowiedzi na pytania, zagadki. Uczyliśmy się języka obrazów, słuchaliśmy, co do nas mówią. A mówią wiele, opowiadają symbolami, szepczą zapomniane legendy, tak jak tę o okrutnym zbóju Madeju. Następnie udaliśmy się do Muzeum Pyry. W zabytkowym podziemiu prastarej kamienicy przygotowaliśmy pieczone ziemniaczki. Każdy według uznania, przyprawiając rozmaitymi przyprawami. Pan kustosz włożył je do pieca, a my wędrowaliśmy podziemnymi, magicznymi szlakami, słuchając ciekawych opowieści o warzywie niegdyś przywiezionym z Peru. Gorące, pieczone ziemniaczki smakowały wybornie. Każdy otrzymał je w torebce podpisanej swoim imieniem. Jakby tego było mało, czekały na nas ogromne emocje w Rogalowym Muzeum Poznania. W takim niezwykłym miejscu, które tylko z nazwy jest muzeum, bo w środku czekało na nas dwóch prawdziwych poznańskich mistrzów cukiernictwa, którzy zapowiedzieli, że oto, w tej właśnie chwili uczynią z nas wzorowych czeladników wypiekających świętomarcińskie rogale. Sumienni jesteśmy, a i zapału do pracy nam nie brakuje, ale po wędrówce urokliwymi uliczkami Poznania usiedliśmy, żeby choć trochę odpocząć. Nie pozwolili nam nawet przysiąść, tylko bardzo stanowczo, ale z humorem soczyście okraszonym poznańską gwarą, zaprosili nas do lepienia rogali. Narychtowali dla nas stół i mogliśmy nasze pazury opypłać mąką. A wytężaliśmy nasze klapioki, żeby dobrze wysłuchać, co do nas mistrzowie mówią, szczerząc w uśmiechu białe kieły. Zaczęła się praca i to nie na żarty. Chociaż wszystkim humor dopisywał i co rusz rozlegał się śmiech zwany po poznańsku chichraniem. Wyrabialiśmy ciasto, wałkowaliśmy, nadziewaliśmy, a nawet zajęliśmy się wykrawaniem kształtów prawdziwą szlachecką szablą. Wszystko ściśle według prastarej receptury. Nasi mistrzowie byli zadowoleni z takich pomocników, bo na pożegnanie pomachali nam ogromnymi czapkami i zapewnili, że byliśmy najlepszymi sztyftami. Obdarowali nas niezwykłymi certyfikatami. Możemy teraz piec chrupiące, smakowite rogale. Jednak to będą już drezdeneckie rogale. Dobre chwile szybko mijają, ale mamy plany następnych wypraw. Jakie będą? Czy równie ciekawe? Na pewno spotkamy niezwykłych ludzi i poznamy wyjątkowe miejsca.
Wioletta Kinal
Słowniczek gwary poznańskiej:
kłapioki - uszy
kieły - zęby
narychtować – przygotować
sztyft - czeladnik, pomocnik
upypłać - ubrudzić
pazury - palce
chichranie - śmiech